Rogale Świętomarcińskie z Chleboteki

Skoro wszyscy dziś jedzą rogale to i ja się skusiłam :). Wybrałam Chlebotekę, bo tak jakoś już wielokrotnie tam byłam, a do mojego szkicownika jakoś nigdy nie trafiła. A tak poza tym ich chlebek z czarnuszką to dobro ❤

Rogal z chleboteki jest taki jak być powinien – słodki i tłusty :D. Osobiście nie jestem fanką bakalii i rodzynek, więc ich mała ilość bardzo mnie ucieszyła, a dodatkowo kilka rodzynek postanowiło uciec z rogala i dać się przypiec w lukrze, co sprawiło, że pierwszy raz w życiu zjadłam rodzynkę, która mi naprawdę smakowała 😀

Skórki pomarańczowej nie wykryłam, albo się przede mną gdzieś schowała (ewentualnie ucieczka poszła jej lepiej niż rodzynkom ^^), ale jak już pisałam dla mnie to na plus ;). A wszystko posypane orzeszkami arachidowymi i polane lukrem ^^

Ciekawą sprawą jest też to, że rogal jest naprawdę potężny. W szczególności dla osób przyzwyczajonych do lżejszego nadzienia wydaje się też być okropnie ciężki. Ale i tak znika praktycznie od razu 😛

Zdecydowanie takiej bomby kalorycznej nie chciałabym jeść częściej niż raz do roku, ale tak „od święta” jest idealny! Może jeszcze zdążycie się sami o tym przekonać 😀

Precelki od Pana Precla

Ah, precelki. Chwila mniej lub bardziej zasłużonej przerwy w pracy lub idealna przekąska do przechwycenia w okolicy rynku. Żeby je narysować zbierałam się baaardzo długo, ale chyba dopiero zapowiedzenie otwarcia lub bardziej przeniesienia drugiej miejscówki Pana Precla mnie do tego zmotywowało 🙂

Dodatkowo, w końcu do sprzedaży „stacjonarnej” trafił precel Kinder (choć jestem prawie pewna, że wcześniej nazywał się Bueno), z nadzieniem mleczno-orzechowym, przypominającym popularny batonik. I to właśnie on zaczyna ten wpis 😉

Mimo, że żyję słodyczami to gdy myślę o Panu Preclu głównie myślę o jego wytrawnych, nadziewanych preclach. Co prawda z wyglądu mogą precli nie przypominać, ale nie dajcie się zmylić! Moim stałym wyborem jest precel Supreme czyli po prostu ser i szynka, ale ostatnimi czasy coraz częściej daję się skusić na Kurczaka koperkowo-ziołowego, który poza tym co ma w nazwie ma też, oczywiście, ser 🙂

Obydwa są świetną przekąską, w momencie gdy niekoniecznie mam już ochotę na większy posiłek lub po prostu chcę mieć pretekst żeby się przejść na rynek (choć to może nie w aktualnej sytuacji pandemicznej ^^).

A jeżeli ktoś ma tylko jeden obraz precelka w głowie, to spokojnie, bo i takie można u Pana Precla nabyć! Ponownie, mimo, że generalnie wybieram słodkie rzeczy, mam słabość do Miksu Nasion, który jest posypany ziarnami słonecznika, sezamem, siemieniem lnianym i makiem. Od czasu do czasu skuszę się na cynamonowego, bo jak wiemy cynamon to szczęście, a sporadycznie do mojego plecaczka, wpadnie precel z mleczną czekoladą i orzechami arachidowymi 🙂

Precelki to dla mnie zaskakująco dużo dobrych wspomnień, zwłaszcza z pracy, gdzie zawody w trafianiu do kosza papierkiem po preclu bywały jedną z większych atrakcji dnia 😛

A kto jeszcze nie słyszał o tym, że w dniu otwarcia nowej miejscówki (06.11.20) będą darmowe precelki to może usłyszy teraz 😉

Urban Coffee Marathon – Shaken or stirred – Black Point Cafe Sądowa

Walczyłam ze sobą parę dni, ale ostatecznie i tak wybrałam się do Black Point Cafe, spróbować ich zestawu festiwalowego. Tym bardziej, że BPC przewija się przez historię Drogi Szkicowniku wielokrotnie i bardzo mnie cieszy, że zdecydowało się otworzyć drugą kawiarnię i to na dodatek blisko mnie 😀

Zestaw festiwalowy zawierał espresso z Brazylii Chapadao de Ferro z likierem kokosowym (ale nie dla mnie i nie dla wszystkich, którzy poproszą o wersję virgin), syropem z prażonych orzechów, gałką naturalnych lodów czekoladowych z mlekiem i śmietanką, bitą śmietaną, orzechami laskowymi i ciemną czekoladą, a do tego jeszcze deser czyli muffin „Sex on the Beach”.

Z jednej strony kawa na zimno nie za bardzo pasuje mi do panującej aury, ale z drugiej, jak ma się łączyć z alkoholem to chyba faktycznie lepiej tak, niż na ciepło. Ale tak poza tym to bardzo dobra propozycja, przypominająca w smaku deser monte (stawiam, że z likierem jest jeszcze bardziej podobne). Dodane lody też były przepyszne i śmiesznie się je wyławiało próbując manewrować pomiędzy kostkami lodu. Do tego, w typowym stylu Black Point Cafe, wszystko ozdobione bitą śmietaną, czekoladą i orzechami (ja akurat dostałam migdały).

Muffinka była z ciasta biszkoptowego, a ozdobiona była kremem brzoskwiniowo żurawinowym i jeszcze do tego wypełniona kremem z białej czekolady, a dodatkowo miała skórkę pomarańczową. Brzoskwinia była tutaj bardzo delikatna, za to żurawina dość intensywna. Całość była bardzo słodka, ale krem z białej czekolady na szczęście był troszkę kwaskowaty, co pomogło uniknąć kompletnego zasłodzenia 🙂

Zestaw bardzo mi smakował i skutecznie zastąpił mi śniadanie 😀

Jeżeli o sam festiwal chodzi dalej troszkę marudzę pod nosem. Kawa wydaje mi się bardziej poranną sprawą, a alkohol wieczorną i łączenie ich razem jakoś mi nie pasuje. Zresztą jak już pisałam w poprzednim wpisie, skutecznie go unikam. To wszystko w połączeniu z zapchanym grafikiem i panującą sytuacją pandemiczną sprawia, że razem z TeaClub, będą to prawdopodobnie dwa jedyne miejsca, które tym razem odwiedziłam ^^

Urban Coffee Marathon – Shaken or stirred – TeaClub

W końcu nadeszła kolejna edycja Urban Coffee Marathonu, jednak tym razem temat wyjątkowo mi nie przypasował. Dotyczy on napojów alkoholowych, a pozostaje to czymś czego unikam i odmawiam.

Na szczęście, TeaClub troszkę się wyrwało z tematu i o ile normalnie nie podchodzę pozytywnie do takich stytuacji, to tym razem dzięku temu mogłam w ogóle wziąć udział w festiwalu 😀

TeaClub przygotowało dla nas kawę przelewową z kardamonem oraz baklavę. Kawa była bardzo dobra i idealna na deszczowy, jesienny dzień. Baklava za to była po prostu cudowna! Jeśli ktoś nie wie – baklava to ciasto francuskie, najczęściej przełożone masą orzechową i dodatkowo utopiona w słodkim syropie. I tak też właśnie było w TeaClub: z pyszej pistacjowej baklavy, powoli wypływał syrop 😀

Osobiście uwielbiam kontrastowe połączenia i uważam, że do czegoś tak słodkiego jak baklava, aż żal nie wypić gorzkiej kawy. Tutajsza kawa akurat zbyt gorzka nie była, ale wiem że większość ludzi nie była by z takiej zadowolona, więc nie będę narzekać 🙂

Jednak TeaClub ewidentnie specjalizuje się w herbatach i muszę przyznać, że pudełka z herbatą ułożone w tęczę to jeden z piękniejszych widoków jakie ostatnio widziałam <3. Mam nadzieję, że kiedy trudne czasy się uspokoją i nie będę się obawiała dłuższego przebywania w kawiarniach, będę mogła sobie tam posiedzieć i porysować coś na miejscu 😀

Ale jak już o herbatach mowa, to przyznam się że nie umiałam się powstrzymać od kupienia dwóch opakowań – zielonej Maracuja ze Stewią i Blueberry Cassis. Pierwsza jest bardzo dobra, tylko delikatnie słodkawa i owocowa. Za tu druga, jest po prostu świetna! Nie dość, że ma piękny, trochę niebieski kolor to jeszcze jest intensywnie owocowa i ma przeurocze różowe serduszka ❤

Dostałam jeszcze herbatę Rabarbara, ale nawet z moim herbacianym przerobem nie zdążyłam jej jeszcze na spokojnie spróbować. Jedak patrząc po dwóch pozostałych, jestem pewna, że nie będę nią zawiedziona 😀

Festiwale kawy zawsze były dla mnie okazją do zmotywowania się do poznania nowych miejsc i bardzo się cieszę, że ponownie miałam okazję z tego skorzystać :). TeaClub jest bardzo urokliwe, wybór herbat ma ogromny (a jeszcze do tego wszystkiego, było kilka jesiennych propozycji!), a dzięki lokalizacji blisko centrum, ale jednak już nie w ścisłym centrum, nie jest zatłoczone 🙂

Na pewno wrócę, chociażby po to, żeby znowu stanąć pod ogromną ścianą kolorowych herbatek i ponownie podjąć trudną decyzję, które z nich tym razem zabiorę ze sobą 😀

Słodkie Nastroje i jeszcze słodsze cukierki

Co prawda Słodkie Nastroje Galeria Karmelu zdążyło zmienić swoją lokalizację odkąd zaczęłam rysować tę ilustrację, ale w dalszym ciągu można u nich kupić świetne słodycze. Nie dość, że piękne to jeszcze smaczne! Tylko jeżeli macie w planach, tak jak ja, zwlekać z ich jedzeniem to nie kupujcie ich w szklanym pojemniczku, bo po pewnym czasie zlepiają się ze sobą i bardzo trudno je wyjąć. Ale spokojnie – jak tylko ich spóbujecie to nie wytrzymają na tyle długo żeby coś takiego się wydarzyło 😉

Zdecydowałam się na zestaw deserowy, choć w międzyczasie nie wytrzymałam i kupiłam też owocowy. Oba są godne polecenia, ale z braku ilustracji opiszę tylko deserowy 😉

Pierwszy smak jaki spróbowałam to sernik. W przeciwieństwie do reszty cukierków z tego zestawu, ma w sobie oowcową nutkę, która jest nawet lekko kwaskowata. Do tego faktycznie czuć smak sera. Dużo zyskuje kiedy przeplata się z innymi, trochę słodszymi cukierkami 🙂

Drugim smakiem był grylaż czyli masa z ziaren upalona z cukrem. Trochę coś w stylu fistaszkowych cukierków, choć ma troszkę ziołowo-korzenny posmak.

Dużo mocniej korzenny smak miały cukierki piernikowe. I szczerze mówiąc jakbym nie wiedziała, że są piernikowe to po prostu bym powiedziała, że są korzenne.

Drugi najlepszy cukierek, po sernikowym, a konkretnie cukierek wanilowy. Sprawia wrażenie mlecznego, a wanilia nie jest ani za słaba ani za mocna 🙂

Kolejnym smakiem jest cappucino. Bez większych zaskoczeń, smakuje mocno kawowo i delikatnie mlecznie. Na pewno dużo lepiej niż kopiko 😛

I ostatni smak, czyli tiramisu. Ponownie jest to cukierek kawowy, ale poza kawą i mlekiem czuć tutaj ciasteczka i wanilię. Zdecydowanie lepszy niż cappucino, bo ma wszystko to co on i jeszcze więcej 😀

A poza tym nie mogłam się powstrzymać przed kupieniem tych lizaków 😀
(mimo, że moje nastawienie do lizaków jest skomplikowane…)

Nie ukrywam, że jestem fanką Gwiezdnych Wojen i to właśnie one są moim drugim, głównym kierunkiem artystycznym. Dlatego też jak tylko zobaczyłam te dwa lizaki to porostu musiałam je kupić. Są dużo miększe niż bym się spodziewała i ostrzegam że mimo to lepiej się w nie zbyt entuzjastycznie nie wgryzać, bo mają patyczek w środku!

I jeszcze jedna sprawa – koniecznie spróbujcie ich nastrojówek. Przepyszne, tradycyjne krówki, które u mnie zniknęły praktycznie od razu ❤

Jagodowe dobroci z Jagodnej

Rysunek racuchów z borówkami ze schroniska Jagodna

Jakiś czas temu postanowiłam wyrwać się z miasta i tak się akurat złożyło, że kolega zaprosił mnie na swoje urodziny do schroniska PTTK Jagodna. Ostatecznie udało mi się załapać na podwózkę samochodem, ale jakby ktoś potrzebował to połączenie pociągowe z Wrocławia też jest całkiem niezłe 😉

Ogólnie schroniska górskie nigdy nie kojarzyły mi się z jakoś szczególnie dobrym jedzeniem. W końcu, po męczącej wędrówce wszystko dobrze smakuje. Jagodna jednak nie obniża z tego powodu poprzeczki i serwuje naprawdę niesamowite jedzonko.

Najpierw do mojego szkicownika trafiły racuchy i mimo że ja generalnie jem dość dużo to zostałam przez nie pokonana i dobrze, że miał mi kto pomóc zjeść trzeciego. Są naprawdę ogromne i do tego przepyszne. Chrupiące na zewnątrz i puchate w środku. A do tego odrobina śmietany, cukru pudru i borówek. Po prostu cudo!

Rysunek pucharka borówek ze schroniska Jagodno

A jak komuś jest mało borówek to może jeszcze zamówić ich cały pucharek. Proste, ale jakie dobre! Tutaj też mamy odrobinę śmietanki, a do tego posypkę cukrową (do której zalecam ostrożność, bo moje zęby podejrzanie głośno chrupnęły ^^).

Może i w okolicy trudno było znaleźć dobre miejsce do malowania górskich widoczków, ale dla takich dobroci warto się tam wybrać. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wrócić, zwłaszcza że opcje wytrawne również zwalają z nóg. Zwłaszcza Wióry Orlickie ❤

Novo2 – Restaurant Week

Mus z białej czekolady z bananem, panierka z tofu wiśniowego, puree z bergamotek, owoce sezonowe, żel z aloesu

Na zaproszenie Restaurant Week, pierwszy raz wybrałam się na ten festiwal. Po wyjątkowo długich rozważaniach zdecydowałam się na restaurację Novo2, znajdującą się w hotelu Novotel.

Wybrałam zestaw B, czyli:
1. Krem z kopru włoskiego, gruszka, piana szpinakowa, emulsja z wędzonego szczypiorku

2. Polędwica z dorsza, panierka z młodego buraka, palony por, foundant z selera, puree z pasternaka, redukcja pomarańczowa

3. Mus z białej czekolady z bananem, panierka z tofu wiśniowego, puree z bergamotek, owoce sezonowe, żel z aloesu

Do tego w ramach festiwalu można było dostać MARTINI Fiero & KINLEY tonic oraz Coca-Colę. Jako osoba nie pijąca alkoholu zdecydowałam się tylko na to drugie 😉

Krem był jak dla mnie bardzo skomplikowanym smakiem do ogarnięcia, jednak był bardzo dobry. W szczególności, że każda łyżka była troszkę inna, ponieważ go nie wymieszałam. Polędwica z dorsza w połączeniu z redukcją pomarańczową, sprawiła że poczułam się trochę jak na wakacjach. Troszkę bałam się panierki z buraka, gdzyż jest to warzywo, z którym mam skomplikowaną relację, ale okazało się, że moje obawy były nieuzasadnione.

No i oczywiście to, co Drogi Szkicowniku lubi najbardziej, czyli deser! Widząc go, można łatwo zapomnieć, że miał być to mus, a nie ciasto, jednak od razu po wbiciu łyżeczki nie da się sobie tego nie przypomnieć. Ogólnie konsystencję ma jak chmurka, z kilkoma kawałkami banana. Całość jest oczywiście bardzo słodka, więc została przełamana tofu wiśniowym, które z wyglądu przypomina czekoladę, a w smaku jest trochę jak suszone wiśnie, ale nie jest aż tak intensywne. Do tego mamy „meduzy” z puree z bergamotek i żelu z aloesu. Pierwsze są super kwaśne, a drugie super słodkie. Mi oczywiście bardziej smakował aloes, ale przyznaję, że bergamotka też była ciekawa. Do tego owoce sezonowe i mamy, chyba jeden z bardziej wyrafinowanych deserów, które trafiły jak dotąd do mojej rysunkowej kolekcji (i brzuszka).

Dość nietypowa dla mnie była też cała atmosfera Restaurant Weeka. Wiadomo, że pomiędzy restauracjami a kawiarniami jest pewna różnica, ale muszę przyznać że tak miłej obsługi i tłumaczenia mi wszystkiego, zanim miałam okazję zapytać, w ogóle się nie spodziewałam. Zdecydowanie mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś wziąć udział w tym festiwalu i może wybrać się kiedyś ponownie do Novotelu i zobaczyć jakie inne dobrocie oferują!

Ten… tego… gofry z Tentego!

Ilustracja/rysunek gofra z borówkami, posypanego cukrem pudrem i ozdobionego miętą

W końcu wróciłam do Wrocławia i w ramach celebrowania tego wydarzenia postanowiłam kupić sobie gofra. I to nie byle jakiego gofra, bo wielkiego gofra, z borówkami i w środku, i na zewnątrz od Tentego food & drinks.

Wracając do mieszkania z pudełkiem o charakterystycznym kształcie czułam, że wszyscy zakładają, że niosę pizzę. Nawet usłyszałam komentarz od jednej osoby „Kurczę, też zjadłbym pizzę”, więc nie mam żadnych wątpliwości, że tak było :D. Jednak to pudełeczko kryło w sobie gofra! Choć trzeba przyznać, że ten sam food truck oferuje również pizzę. Jednak tego dnia postanowiłam zadowolić się samymi goframi.

Oczywiście gofrowa oferta jest bardzo bogata, ale uznałam, że wszelkiego rodzaju bita śmietana czy serek mascarpone nie będą najlepszym wyborem na targanie gofrów w dość gorący dzień do mieszkania, więc zdecydowałam się na gofra Blueberry. Ma on borówki zapieczone w cieście i użyte jako posypkę. Do tego ma mnóstwo cukru pudru, który jednak przekształcił się w lukier zanim skończyłam rysować, więc może się wydawać, że jest go dużo mniej. Do tego kilka listków mięty i mamy bardzo zacnego gofra.

Świetnie nadaje się do podzielenia się ze znajomymi, bo jest podzielony na cztery kawałki. Ale nic nie stoi na przeszkodzie żeby sobie go samemu schrupać, tak jak ja :D. Choć miło było by kiedyś zebrać drużynę i zamówić sobie 4 różne gofry żeby każdy mógł spróbować po kawałku ❤

 

 

Japońskie Kitkaty

Rysunek japońskich batoników kitkat w różnych smakach

Miałam jakiś czas temu lecieć do Japonii, popróbować tamtejszych słodkości, ale niestety wszystko zostało odwołane. Jednak nie poddałam się kompletnie i zamówiłam sobie kilkanaście japońskich Kitkatów do spróbowania, ze sklepu Harro. Oczywiście jest to tak naprawdę dość mała próbka, gdyż japońskich smaków tego batonika było już ponad 300!

Ciekawe jest też to, że Kitkaty w Japonii cieszą się powodzeniem wśród wszelkiego rodzaju uczniów i studentów, gdyż ich nazwa brzmi bardzo podobnie do Kitto Katsu (きっと勝つ), co można przetłumaczyć jako „Na pewno wygrasz” i dzięki temu przyjęły się one jako podarunek dla wszystkich podchodzących do egzaminów. Mają one nawet specjalne miejsce na opakowaniu, gdzie można napisać jeszcze kilka słów zachęty od siebie 🙂

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Kasztan jadalny Kasztan jadalny
Jak na batonika pokrytego białą czekoladą, zaskakująco mało słodki. Trudno wyczuć w nim coś konkretnego, choć na jego obronę, moim zdaniem same kasztany mają dość mdły smak. Jednak smakuje trochę jesienią 🙂

 

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Party ice cream Party ice cream
Bardzo mocno przypomina mi japońskie słodycze o smaku mleka i dzięki temu bardzo mi się kojarzy z Japonią. Chyba mój ulubiony spośród wszystkich, których próbowałam!

 

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Słodki ziemniak Słodki ziemniak
Faktycznie jest w nim coś owocowo-warzywnego, ale jest to bardzo delikatne i generalnie dominuje tu biała czekolada. W sumie cokolwiek poza nią, bardziej tu czuć w zapachu, niż w smaku.

 

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Pomarańcza Pomarańcza
Jedyny, z wypróbowanych przeze mnie Kitkatów w ciemnej czekoladzie! Ma bardzo mocny smak skórki pomarańczowej, co również wyróżnia go na tle, mało intensywnych smaków całej reszty.

 

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Ichigo daifuku Ichigo daifuku

Mocno truskawkowy i to w zaskakująco nie sztuczny sposób. Jest w tym wszystkim pewna nuta odsłodzenia i braku smaku, co całkiem pasuje do ryżowego ciasta, na którym jest ten batonik wzorowany. Zdecydowanie w czołówce wypróbowanych batoników!

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Rodzynki w rumie Rodzynki w rumie
Czy też po prostu malaga. Zaskakująco słodkie, jak na poziom japońskich słodyczy i zdecydowanie nie alkoholowe. Nie wiem czy jakbym nie wiedziała co to ma być za smak to bym zgadła ^^.

 

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Ikinari Dango Ikinari Dango
Ma w sobie coś warzywnego, a do tego ma lekką, maślaną nutkę. Pierwowzór tego batonika to ciastko z masą z żółtego, słodkiego ziemniaka i z masą z słodkiej fasolki. Jest to ciastko typowe dla prefektury Kumamoto, którą możecie szybko skojarzyć z jej słynną maskotką – Kumamonem (ten czarny miś na opakowaniu 😉 ).

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Yuzu Matcha Yuzu Matcha
Ah, Matcha, czyli zielona, sproszkowana herbata. Bardzo często pojawia się w japońskich słodyczach. W przypadku Kitkatów, mamy już nawet takie, w polskiej dystrybucji! Ale wracając do tego, konkretnego Kitkata. Zdecydowanie jest to przedstawiciel intensywniejszych smaków. Bardzo dobre połączenie zielonej herbaty, cytrusowego yuzu i białej czekolady 🙂

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Malina Malina
Smakuje jak taki syrop malinowy, który dolewa się do herbaty lub wody. Troszkę sztucznawy i bardzo słodki, co dziwi, porównując go z truskawkowymi przedstawicielami Kitkatowego świata.

 

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Szarlotka

Szarlotka
Dość trudna do zidentyfikowania na podstawie samego opakowania. Pachnie cynamonem, ale nie za bardzo nim smakuje. Smak porównałabym do kwaskowej oranżady w proszku. Ma nawet troszkę z musowania tego typu produktów. Prawdopodobnie bym nie zgadła co to za smak, choć może zapach cynamonu byłby wystarczającą podpowiedzią 🙂

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Iyokan Iyokan
Iokan to owoc cytrusowy, bardzo popularny w Japoni, przypominający wyglądem mandarynkę. Faktycznie Kitkat o jego smaku jest mocno cytrusowy, ale ma też w sobie coś ziołowego. W przeciwieństwie do pomarańczowego Kitkata nie jest bakaliowy, tylko faktycznie smakuje owocowo.

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Wasabi Wasabi
Zastanawiałam się czy aby na pewno chcę próbować takiego szalonego smaku, ale cieszę się, że dałam mu szansę. Wasabi to nic innego jak japoński chrzan. Był naprawdę słabo wyczuwalny, bardziej chyba w posmaku niż w trakcie jedzenia. Więc nie jest to jakaś ekstremalna propozycja. Japończycy wiedzieli co robią ^^

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Custard pudding Custard pudding
Tutaj ciekawostką jest to, że można go podgrzać w piekarniku, ale niestety nie miałam okazji tego zrobić. Jest dośc intensywny. Wybija się tu coś podobnego do migdałów i masła. Myślę, że faktycznie jest to dopasowane do podgrzania, bo wtedy te aromaty powinny być troszkę mniej wyczuwalne 🙂

 

 

Rysunek japońskiego batonika Kitkat Strawberry cheesecake Strawberry cheesecake
Jedyny, godny przeciwnik Party Ice Cream! Smakuje dosłownie jak truskawki z bitą śmietaną. I to nie takie sztuczne truskawki, tylko całkiem świeże! Miałam troszkę przeczucie, że będzie dobry, więc jak możecie zobaczyć na zbiorczym obrazku – wzięłam dwa!

 

 

Nigdy wcześniej nie publikowałam ilustracji przedstawiających opakowania (choć zdarzało mi się je rysować) i muszę przyznać, że cieszę się, że w końcu do tego doszło. Jest coś wyjątkowego w ilustrowaniu takich rzeczy. Można się poczuć jak Andy Warhol 😀

A na japońskie smakołyki, serwowane w kawiarniach jeszcze przydzie czas. Trzymajcie kciuki! 😀

DOTS Chocolate czyli małe dzieła sztuki

O DOTS Chocolate dowiedziałam się już kilka lat temu z artykułu w czasopiśmie Kuchnia. Jednak dużo wody do akwarelek upłynęło, zanim w końcu się wzięłam i zamówiłam owe cudeńka.

Chyba XXIw. mnie trochę przerasta, bo idea zamawiania czegoś przez Instagrama dalej wydaje mi się trochę dziwna, ale z pewnością całkiem wygodna. Fakt, że kurier przynosi mi pod drzwi czekoladę, przyznam, że też jeszcze nie wydaje mi się naturalny.

Ale przejdźmy w końcu, do czekoladek!

Ilustracja czekoladek z DOTS Chocolate

Zacznę od pralinek bo były zdecydowanie najlepsze!

Zdecydowałam się na trzy smaki – słony karmel, marakuja i gianduja z amaretto.

Próbując słonego karmelu stwierdziłam, że chyba jem za dużo sztucznych rzeczy i zdążyłam zapomnieć jak smakują te prawdziwe! W smaku przypominał mi trochę domowe krówki i myślę, że gdybym miała taki karmel w słoiczku to pewnie wzięłabym łyżeczkę i nawet nie zauważyła kiedy by zniknął :). Czekolada jest dużo mniej słodka niż w typowych pralinkach, ale dzięki temu dobrze się komponuje z karmelem, który oczywiście jest bardzo słodki :D.

Marakuja tylko pogłębiła moje rozważania nad sztucznością wszystkiego, bo w przeciwieństwie do wszystkich marakujowych rzeczy, z którymi miałam w ostatnim czasie doczynienia, wydawała się taka… świeża. Naprawdę na chwilę możemy się przenieść do tropików. A do tego wszystko jest otoczone białą czekoladą <3.

Gianduja z amaretto jest "najnormalniejsza" w tym zestawieniu. Zaczyna się delikatnie, a potem wchodzi w ostrzejszy alkohol. Całość otoczona jest białą czekoladą, czego się tak jakoś nie spodziewałam.

Do tego wzięłam też bary, bo jak szaleć to szaleć! 😀
Ilustracja dwóch barów (tabliczek czekolady) z DOTS Chocolate

Wzięłam dwa – mleczna czekolada z orzeszkami ziemnymi i biała czekolada z glonami.

Podobnie jak w przypadku DOTSów, mleczna czekolada jest dużo mniej słodka, niż jestem przyzyczajona, ale nie narzekam (zwłaszcza, że i tak całość zniknęła dużo za szybko). Ciekawe jest też to, że orzeszki są wrzucone w całości, co sprawia, że niektóre kęsy są mocno orzechowe, a niektóre wcale 🙂

Za to biała czekolada wydaje się być dużo słodsza i delikatnie słona, z czym, jak dotąd spotykałam się tylko przy ciemnych czekladach. Zdecydowanie, trudno się od niej oderwać.

No i z powodu nietypowej formy obu tabliczek, nie można sobie powiedzieć „jeszcze tylko jedna kosteczka”, bo czekolady łamią się tak jak im się akurat spodoba i jak ułamie się większy kawałek to znika większy kawałek 😛

Ogólnie DOTSy uważam za świetne czekoladki na prezent, ale z powodu dość wysokiej (choć całkowicie uzasadnionej) ceny, sama sobie ich już raczej nie kupię 🙂

A jak już się rozpisałam o smakach to napiszę coś jeszcze o kolorach, gdyż wcale nie są one przypadkowe! Na moją prośbę odwzorowują one kolorystykę dwóch moich ulubionych ilustracji, a konkretnie, zestawu z Ciepło Zimno na Bary i zestawu z Egg Cafe na Dotsy.

Dla przypomnienia, oto obie ilustracje 😉

Ilustracja Kawy mrożonej i sernika z truskawkamiIlustracja affogato i sernika z borówkami

I tak, miałam tego nie robić, ale wyjątkowo mnie urzekły te czekoladki, więc wrzucam też zdjęcia porównawcze 😛

Zdjęcie porównawcze prawdziwych czekoladek i ilustracji Drogi Szkicowniku

Zdjęcie porównawcze prawdziwych tabliczek czekolady i ilustracji Drogi Szkicowniku

(Oczywiście takie zdjęcia regularnie pojawiają się w moich instastories, ale potem już ich nie można zobaczyć, a te mi się wyjątkowo podobają i chciałam je „zachować na dłużej” ^^)

I na koniec chciałabym jeszcze napisać, że to są w pewien sposób niesamowite ilustracje. Zawsze mam świadomość, że to co ilustruję zostało przez kogoś wykonane, że ktoś się nad tym napracował i zadbał żeby wszystko dobrze wyglądało, ale tym razem ta świadomość była wyjątkowo mocna. Dodatkowo kolorystyka była wzorowana na moich własnych pracach, przez co miałam takie poczucie jakbym pokazała gdzie chcę kolorystycznie iść, a bardziej doświadczona artystka wydeptała mi ścieżkę, którą przynajmniej ten jeden raz, mogę się przejść.

W końcu żaden z artystów nie tworzy w prózni. Wpływamy na siebie nawzajem. Czasami tak intensywnie i dwustronnie jak w tym przypadku, a czasami delikatnie i podświadomie. I kto wie? Może ja też komuś wydeptam ścieżkę? 🙂

Antistres Čajnici

Rysunek czajnika i filiżanki

A tym razem narysowałam czajniczek na herbatę i filiżankę. Dlaczego?

Otóż próbując znaleźć chorwackie profile na instagramie żeby podłapać trochę nowego słownictwa, natknęłam się na Antistres Čajnici. Zbierają oni ilustracje czajników z zamysłem, że w czasie ich rysowania znajdziemy chwilę spokoju w tych trudnych czasach. Zwłaszcza, że gdy my zmagaliśmy się „z samą” Koroną, Zagrzeb przetrwał okropne trzęsienie ziemi…

Ale wróćmy do szczęśliwszych tematów – czajniczki. Ogólnie polecam cały profil, bo wszystkie są naprawdę niesamowite i wyjątkowe!

Innym powodem, dla którego tak bardzo zachciałam narysować czajnik, jest to, że znalazłam ten profil niedługo po poznaniu tego słowa, gdyż jak może pamiętacie, na mojej pisance był właśnie czajnik, a oczywiście takie rzeczy się opisuje na zajęciach językowych 😉

A jak zamówić herbatkę w Chorwacji?

Molim čaj – Poproszę herbatę
s limunom – z cytryną
sa šećerom – z cukrem
Hvala – Dziękuję

Teraz tylko muszę poczekać aż sama będę mogła wykorzystać tę wiedzę! 😀

Wszyscy robią Dalgona Coffee, robię i ja!

Ilustracja kawy Dalgona, w wysokim kubku z kwiatami wiśni w tle

Może i jest to po prostu kolejny, instagramowy trend, ale myślę że jest to coś, co jest nam potrzebne w czasach, kiedy nie możemy się wybrać do ulubionej kawiarni i tak jakoś dużo częściej mamy ochotę na coś dobrego 🙂

Przepis, prawdopodobnie każdy zna już na pamięć, ale żeby nie było, powtarzam!

2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki gorącej wody
mleko

Wszystko poza mlekiem mieszany i ubiajmy trzepaczką lub mikserem, Trzepaczką zajęło mi to 5 minut, więc polecam jako odrobinę ruchu w czasie kiedy nie mamy go za wiele 😛

Powstałą piankę ostrożnie przekładamy do mleka. Na koniec robimy zdjęcie i wrzucamy na instagrama. Dozwolona jest również ilustracja lub interpretacja muzyczna. Bez tego, przynajmniej jak dla mnie, nie jest to prawdziwa Dalgona 😀

Nie jest to oczywiście najlepsza kawa jaką w życiu piłam, no bo i czego można się spodziewać po tak zacnych składnikach, jednak jak dla mnie jest smaczna. Trudno powiedzieć czy polecam. Jeśli pomoże to komuś z tęsknotą za kawiarniami albo będzie to dla kogoś po prostu ciekawym eksperymentem kulinarnym to w sumie – czemu nie 😉